„Nikt się nie spodziewał, co nadejdzie”. Tak Robert Szyszko, specjalista od skanowania i inwentaryzacji obiektów, zaczyna opowieść o paryskiej katedrze. Po południu wybuchł pożar. Wszyscy widzieli, jak walą się kolejne elementy dachu, a potem iglica.
Potem pada pytanie, które powinien sobie zadać każdy, kto opiekuje się zabytkiem. Czy mamy dane, które pozwolą taki obiekt odbudować?
W przypadku Notre-Dame odpowiedź brzmiała: tak. „Kilka lat wcześniej, do zupełnie jakiegoś tam innego celu, ta katedra została zeskanowana. Ona została zeskanowana w całości” – mówi Szyszko.
Zeskanowano też dach. Dzięki temu cieśle mogli odtworzyć jego przebieg: jak biegną poszczególne krokwie i belki.
„Kilka lat wcześniej (...) ta katedra została zeskanowana. Ona została zeskanowana w całości.”
O tym, jak po pożarze wzmacniano sklepienia katedry, piszemy w osobnym artykule działu Technologie: Ceglany strop zatrzymał pożar Notre-Dame. Potem wzmocniono go włóknem rodem z lotnictwa.
Większość zabytków takiego zabezpieczenia nie ma. „Wiele obiektów nie ma takiej informacji. Nie ma informacji przestrzennej (...). Mamy jakieś stare rysunki”.
Kiedyś walizki, dziś skaner pod pachą
Prowadzący rozmowę pamięta czasy, gdy skanowanie starej fabryki trwało tygodniami, a ściany pokrywały markery, czyli punkty odniesienia. Markery, jak zauważa Szyszko, stosuje się do dziś. Zmieniło się wszystko wokół nich.
Dawny zestaw do skanowania to kilka walizek, komputer i zasilanie. „Trzeba było naprawdę zbudować kompletne stanowisko pomiarowe, żeby wykonać pomiar”. Dziś urządzenie bierze się „pod pachę”, a pomiar prowadzi z aplikacji na telefonie lub tablecie.
Sama zasada pomiaru się nie zmieniła. Kiedyś rejestrowano jeden punkt na sekundę albo na minutę, z notatnikiem w ręku. „Technologia może diametralnie się nie zmieniła (...), ale diametralnie przyspieszyła”.
Z armaty do muchy, czyli dobór sprzętu
Pierwsze pytanie nie brzmi „jaki skaner jest najlepszy”. Brzmi: czego potrzebuje ten projekt. Chodzi o to, „żeby, jak to się mówi, z armaty do muchy nie celować”. Skala narzędzi jest szeroka:
- Kamera fotogrametryczna wielkości smartfona. Zdjęcie elewacji albo wnętrza z dwóch pozycji wystarcza, żeby je zwymiarować.
- Mały skaner stacjonarny. Waży 0,8 kg, ma zasięg 45 metrów. Pomieszczenie mierzy w 30-40 sekund do minuty, od razu ze zdjęciami.
- Skaner ręczny. Skanuje w ruchu. Idąc z nim przez obiekt, „wyglądamy jakbyśmy szli z pochodnią”.
- Skaner na dronie. Tam, gdzie nie da się dojść: wysokie elewacje, dachy.
- Skaner na robocie. Gdy strach wpuścić człowieka, wchodzi maszyna: platforma krocząca, jeżdżąca albo pływająca. Działa autonomicznie, bez operatora z joystickiem. Misję uruchamia się jednym przyciskiem.
- Skaner dalekiego zasięgu. Mierzy do 270 metrów, także obiekty wysmukłe i niedostępne. Rozdzielczość dopasowuje się do obiektu.
„Tylko wciskamy play, rozpoczynamy misję i urządzenie rozpoczyna samodzielnie pomiar.”
Są też systemy mobilne, montowane na samochodzie, drezynie czy łodzi, o zasięgu 200-300 metrów. Te służą raczej do nabrzeży i klifów niż do rewitalizacji. Ludzie pytają, czy to coś jak Google Street View. „Tylko że my oprócz zdjęć mierzymy jeszcze z milimetrowymi dokładnościami”.
Jedna zasada dotyczy wszystkich: „prędkość z ceną idzie”. Sprzęt dobiera się do zadania, nie odwrotnie.
W zabytku nie ma kąta prostego
Po co to wszystko przy rewitalizacji? Po pierwsze, skan to dokumentacja, której nie trzeba zgadywać. Moje wyobrażenie obiektu i wyobrażenie rozmówcy mogą się zupełnie różnić. Skan daje wspólną bazę do rozmowy.
Po drugie, geometria. W obiektach do rewitalizacji ściany nie są pionowe, posadzki i stropy nie są płaskie. „Nawet w nowym budynku nie ma kątów prostych, a co dopiero w budynku, który ma 80 lat, 100 lat”. Taki budynek przez lata się odkształcał.
Po trzecie, i to Szyszko uważa za najważniejsze: kolizje.
„Nie czekamy, aż ciężki sprzęt wjedzie na budowę i zaczną pojawiać się grube koszty, grube dziesiątki tysięcy złotych, tylko możemy te wszystkie kolizje wykryć wcześniej.”
— Robert Szyszko
„Nie czekamy, aż ciężki sprzęt wjedzie na budowę i zaczną pojawiać się grube koszty, grube dziesiątki tysięcy złotych.”
Zmierzyć, nie dotykając
Klasyczna inwentaryzacja zabytku to często wejście na rusztowanie. Nie zawsze wiadomo, jaką nośność ma strop i czy w ogóle da się na niego wejść. Skaner mierzy z dystansu. „My nie musimy dotykać tego obiektu, szczególnie jeżeli to jest obiekt chroniony”.
Jeden model to także mniej wizyt na obiekcie. Szyszko nie obiecuje cudów: „zawsze się o czymś zapomni, coś trzeba doskanować”. Wyjazdów w teren jest jednak wyraźnie mniej.
Największa zmiana jest organizacyjna. Architekt, konstruktor, konserwator i wykonawca patrzą na ten sam pomiar. „To nie jest tak, że każdy coś sobie pomierzył po swojemu, tylko mamy jedno źródło wiedzy”.
„My nie musimy dotykać tego obiektu, szczególnie jeżeli to jest obiekt chroniony.”

Projekt rusza, zanim skończy się pomiar
Duży, szczegółowy obiekt można mierzyć nawet tydzień. Nowsze systemy pozwalają nie czekać: dane z terenu synchronizują się na bieżąco z biurem. Na nich od razu powstaje model koncepcyjny o szczegółowości LOD 100 czy 200, a nie 500.
Tu przydaje się trzeźwość. Skan w terenie robi się najszybciej. Pełne modele, w tym modele BIM, to praca na tygodnie albo miesiące, zależnie od szczegółowości. Sztuczna inteligencja jeszcze ich za nas nie zrobi: „Jeszcze nie jesteśmy na tym etapie (...), żeby te modele generowały się same”.
Dobra wiadomość: do wielu wartościowych informacji kompletny model BIM nie jest potrzebny.
Skan nie kończy też życia na projekcie. „Ten skan (...) żyje razem z obiektem”. Służy potem do zarządzania budynkiem i jego monitorowania, czyli do tzw. facility management.
Kupić, wypożyczyć czy zlecić?
Skanowanie laserowe nie jest nowinką. W firmie Szyszki ta technologia ma już 25 lat, a dla wielu osób wciąż jest nowością. Podobnie było z fotogrametrią: drugie życie dostała dopiero wtedy, gdy pojawiły się tanie drony.
Próg wejścia jest niski. Żeby zacząć skanować, wystarczy pół godziny. Żeby robić to bez błędów i nabrać pewności, pół dnia, może dzień. Skaner można kupić, wypożyczyć na dniówki albo zlecić pomiar wyspecjalizowanej firmie.
„Mam nadzieję, że Państwa zachęciłem do skaningu laserowego, że go troszeczkę odczarowałem. To naprawdę nie jest coś skomplikowanego” – mówi Szyszko.
Na koniec odwraca pytanie, które zwykle zadaje sobie inwestor: „Powinniśmy sobie nie zadawać pytania, czy opłaca się wejść w skaner, tylko czy nam się opłaca nie wchodzić w skaner”.

Robert Szyszko
Manager Scanning & Mapping; specjalista od inwentaryzacji i skanowania 3D obiektów (gość), Leica Geosystems Polska
Profil na archiday.plNa podstawie wystąpienia #20 Inwentaryzacja w obiektach zabytkowych podczas archiDAY online „Stare mury - specjalizacja rewitalizacja”, 23.06.2026. Nagranie i relacja



